Zosia z ulicy Kociej – recenzja

W Zosi z ulicy Kociej poza tytułem, ilustracje były pierwszym elementem, które przykuły moją uwagę, kiedy miałam książkę w rękach po raz pierwszy. Od razu wrzuciłam nazwisko ilustratorki Agaty Raczyńskiej do wyszukiwarki google, żeby zobaczyć więcej jej prac. Te, które były w książce mi nie wystarczały mimo, iż jest ich tam naprawdę bardzo dużo.  No tak, ale Zosię ostatecznie czytam dopiero teraz, po czterech latach od wydania, więc mogę się bliżej przyjrzeć ilustracjom, tekstowi i ich wzajemnej jakże ścisłej relacji, która czasem nasuwa na myśl arcydzieła Bohdana Butenki. Może nie tyle tak jak u wspomnianego artysty tych dwóch elementów – obrazu i słowa rozdzielić się nie da, ile po prostu nie ma potrzeby tego robić, bo razem ich działanie na czytelnika jest mocniejsze. Ilustracja przyciąga do tekstu, tekst do ilustracji. Czegóż chcieć więcej?

DSCN1543

Nie ma tu ilustracji całostronicowych, które można kontemplować pomiędzy odwracanymi kartkami z tekstem. Moje zmysły są natomiast przyjemnie atakowane przez mnogość zabawnych postaci pojawiających się tu i ówdzie. Tym, co mnie zachwyca jest technika sama w sobie. Przyjemnie się ogląda te małe dzieła sztuki stworzone wprawną ręką. Zawsze zwracałam uwagę nie tyle na talent artystów pracujących przy książce, ile ilość widocznej pracy włożonej w szlifowanie warsztatu. Czarny kontur świetnie opisuje kształt i charakter postaci. Z jednej strony treści obrazów tak bardzo przypominają rzeczywisty wygląd świata, z drugiej są tak przyjemnie bajeczne, że od razu zapadam się w świat bohaterów. Odnalazłam na kartach książki nawet dwa moje koty. Oto one:

DSCN1533DSCN1534

Jedna grafika szczególnie zapadła mi w pamięć. Mogłam dzięki niej zabawić się w detektywa i poszukać powiązań na przestrzeni historii ilustracji. Zwisające z jabłonkowej gałęzi dziecięce nóżki odkryły w mojej pamięci jakąś klapkę. Z czym one mi się kojarzą, zadawałam sobie od początku to pytanie, no z czym? Tropem okazały się fikuśne ornamenciki, które przywiodły mi na myśl ilustracje Mirosława Pokory. Szybko skoczyłam po schodach do pokoju na górze, w którym przechowuję książki dla dzieci i odszukałam stare wydanie Babci na jabłoni. Odnalezienie TEJ ilustracji nie było problemem, znajdowała się bowiem na stronie tytułowej, potem w środku jeszcze nieco inna jej wersja… Może to przypadek, a jeśli nie? W każdym razie miałam nie lada gratkę z tych poszukiwań. Nieco później przeglądając książkę jeszcze raz natrafiłam na fragment opisu ogrodu, w którym znajdowało się pięć jabłonek. Na jednej z nich siedziała Zosia pisząc właśnie tą historię: „Zupełnie jak Andi z powieści Babcia na jabłoni…”(s. 18) Więc może jednak to nie przypadkowa zbieżność?

DSCN1540DSCN1536

A tak na marginesie to muszę wszystkich przestrzec, że zdecydowanie nie jest to książka, którą można czytać przy jedzeniu. Wiem, bo sama sprawdziłam* Nieświadoma niczego usiadłam z pysznymi kanapeczkami i książką w ręce, zaczęłam czytać i… niestety natrafiłam najpierw na soczysty opis psiej kupy, potem nieżywej myszki, a potem jeszcze pająków. Domyśliłam się, że w książce pojawią się jeszcze inne cudne obrazki, więc odłożyłam ją, żeby w spokoju dokończyć śniadanie. W każdym razie nie jest to książka tylko dla dziewczynek, męska część najmłodszej społeczności na pewno znajdzie tu coś dla siebie, bo może i głównymi bohaterkami są dziewczynki to jednak są to bezdyskusyjne chłopczyce, które niczego się nie boją, nawet robali.

DSCN1548DSCN1549

Podoba mi się, że mama Zosi to ilustratorka książek dla dzieci. Chciała przeprowadzić się na wieś nie tylko ze względu na dzieci i wizję ich lepszego dzieciństwa w otoczeniu natury**, ale też po to, by mieć przestrzeń do tworzenia rzeczy dla siebie, realizacji własnych projektów. To tak trochę jakby… ja sama.

—–

*Wiem, wiem jako bibliotekarka nie powinnam promować takiej formy czytania, ale owszem czasem czytam przy jedzeniu (dzieci nie róbcie tego w domu). Jakoś tak lepiej smakuje i jedzenie i książka, nie? Choć jak się okazuje nie zawsze 🙂

** Wspomnieć trzeba, że bezpośrednim powodem przeprowadzki była jednak psia kupa jako symbol wszystkiego, co najgorsze w mieście, ale to już inna historia.

Agnieszka Tyszka: Zosia z ulicy Kociej. Il. Agata Raczyńska. Wyd. Nasza Księgarnia 2012.

 

Dodaj komentarz