Zielone róże – recenzja

Przeczytałam naprawdę wiele opowieści dla dzieci i młodzieży o balecie*, ale takiej jeszcze nie widziałam. Zielone róże Katarzyny Ducros angażują czytelnika na wiele sposobów już od pierwszej strony. Aktywne czytanie zyskuje tu swój nowy wymiar, ponieważ jak łatwo się domyśleć książka zachęca do… tańca. W większości publikacji dla małych i młodych odbiorców, których bohaterzy uczą się baletu, na końcu znajduje się słowniczek baletowych terminów jak choćby plié czy relevé oraz obrazki ilustrujące pozycje stóp i rąk. W Zielonych różach natomiast pomiędzy stronami baśni znajdujemy krótkie opisy póz, ruchów czy ich kombinacji, które obrazują poszczególne fragmenty i książka nie byłaby aż tak niezwykła, gdyby nie to, że jej tekst wcale o tańcu nie opowiada 🙂 O co więc chodzi i dlaczego ta lektura tak bardzo przykuła moją uwagę, że zdecydowałam się o niej napisać?

W opisie wydawcy znajdujemy podpowiedź – jest to baśń taneczna. Wyjątkowość tej pozycji polega na tym, że czytając tekst można go jednocześnie zatańczyć, a sycąc oczy pięknymi ilustracjami jeszcze bardziej przeżyć opowiadaną historię wcielając się w rolę matki lub córki. Nie trzeba zaglądać do innych źródeł, przewodników baletowych czy internetu, by przełożyć słowo pisane na ruch, wszystko zawarte jest w jednej książce. Choreografia nie jest skomplikowana, opisana bardzo przystępnie i  jak sądzę może być z łatwością odtworzona nawet bez znajomości podstaw tańca i francuskiej terminologii. Jej autorka podpowiada jak można daną scenę przedstawić, dając jednocześnie wiele przestrzeni na własną kreację. Pozwala w trakcie podjąć decyzję, w którą stronę wykonać kroki, a to jak długo będzie trwał taniec zależy od rodzaju i tempa dobranej muzyki. Nie wszystko jest dokładnie określone, a gdy trudno ruch wyobrazić – pomaga ilustracja.

Baletnice, posągowe, spokojne i zadumane, wyłaniają się spośród różanych płatków i trudno powiedzieć czy to są sylwetki kobiet ubranych w specjalne stroje czy może dusze róż, które zyskały ludzką postać. Gdy się temu przyglądam od razu myślę jak łatwo byłoby stworzyć kostiumy do tego baletu dzięki ilustracjom. Przylegające do ciała gorsety zakończone wielowarstwową lekką paczką naśladujące swoim kształtem płatki róż i rozchylające się przy każdym kroku na półpalcach, przy podniesieniu nogi w arabesque czy w obrocie. Ach kolory! Kolory mają tu ogromne znaczenie. Całość zanurzona jest w głębokich fioletach, czerwieniach, różach, zieleniach, błękitach lub wszystkich kolorach jednocześnie na podobieństwo tęczy. Wrażenie ruchu potęguje otaczająca postaci akwarelowa plama dynamicznie rozlana na całej kartce. Wszystko w tle tańczy i wiruje razem z tancerką na chwilę zatrzymaną w pozie.

Książka zwróciła moją uwagę z jeszcze jednego powodu. Znam bowiem i podziwiam autorkę ilustracji, Anię Strutyńską o pseudonimie artystycznym Anee Dove Art. Poznałam ją osobiście dzięki mojej siostrze Basi Ziemer**. Przyznam, że musiałam prosić Basię o odświeżenie wspomnienia***, jeśli chodzi o okoliczności naszego spotkania. Tak niestety działa moja pamięć – wiem, że coś było, ale kiedy i dlaczego to już nie za bardzo. Pamiętam natomiast doskonale samą Anię, ciepłą osobę o artystycznej duszy. Pamiętam, że podziwiałam jej siłę,  ale też spokój. Pamiętam jej dom, gdzie przekroczenie progu wystarczyło, by zanurzyć się w jogicznym klimacie relaksu, wyciszenia i takiego cichego wewnętrznego przekonania, że

wszystko będzie dobrze.

Pamiętam też puchatego kota i te mini „ślimaczki” z francuskiego ciasta z domowym pesto, które od tamtej pory odtwarzam przy różnego rodzaju okazjach i wiem, że na pewno będą smakować. A na koniec pamiętam zdjęcia z dalekiej podróży i kadzidełko, które Ania z Bartkiem mi podarowali. Dlaczego w ogóle o tym piszę, miał to być przecież post o książce… Ano dlatego, że to jaka Ania jest, jak żyje i działa zawodowo ma duży wpływ na to, co w jej życiu się wydarza, co jest dla mnie bardzo dużą inspiracją i motywacją. Te skrawki wspomnień są wciąż świeże, bo często do nich wracam, a to też za sprawą dużej aktywności Ani w mediach społecznościowych. Pokazuje swoje prace w toku, pozwala zajrzeć do pracowni, do szkicowników, zabiera ze sobą w liczne podróże na urbansketching, pisze dużo i często, poruszając różne tematy związane z twórczym życiem profesjonalnego artysty freelancera i młodej mamy. Bo też wszystko się zaczęło, gdy Ania była w ciąży i gdy jej syn Olek pojawił się na świecie.

Pewnego dnia na facebookowej tablicy Ani zobaczyłam zapowiedź książki w postaci jednej z ilustracji. Zainteresowała mnie z uwagi na postać baletnicy spowiniętej w róże oraz, jak można się łatwo domyśleć, na użytą w niej technikę akwareli. Te dwa czynniki sprawiły, że moja fascynacja sięgnęła zenitu i niecierpliwie wypatrując owoców tej pracy zastanawiałam się, co też to dokładnie będzie. Wiadomo, że powstawanie książki jest procesem złożonym i bardzo pracochłonnym, więc na efekt końcowy musiałam trochę poczekać, ale co jakiś czas Ania pokazywała różne smaczki, aż w końcu gotową książkę z możliwością zakupienia. I tak sobie myślę, że kupię ją po wypłacie, jak zwykle, gdy mnie coś zainteresuje, ale okazało się, że jej cena jest niewysoka, więc mogłam to zrobić od razu 🙂

W międzyczasie zdążyłam wyszperać w internecie informacje na temat dwóch pozostałych autorek i bardzo mile mnie zaskoczyły. Katarzyna Ducros, mama trójki dzieci tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca Małe Słowianki w Krakowie. Obecnie mieszka we Francji, gdzie amatorsko uczy się różnych tańców takich jak jazz, taniec współczesny czy charakterystyczny.**** Nie dziwi więc, że w jej debiucie literackim jakim są Zielone róże również pojawia się element tańca.

Christèle Venet, tancerka, choreograf i dyrektorka szkoły baletowej Académie de Dance de Paris. To właśnie jej wkład czyni książkę tak niezwykłą, unikalną na polskim rynku. Jest ona autorką choreografii do baśni, choć na końcu skromnie oddaje tą rolę czytelnikowi pisząc:

Ty jesteś choreografem i ty decydujesz!

 

Książka jawi mi się jako małe dzieło sztuki, stworzone przez trzy kobiety, a każda z nich jest wspaniałą osobowością i wnosi do tej wspólnej pracy element cudowności, nadzieję, przekonanie, że warto marzyć. Jest przy tym taka lekka i romantyczna, jest tym z czym kojarzy się zazwyczaj balet – delikatnym stąpaniem nad powierzchnią ziemi, wirowaniem w powietrzu w obrotach i wysokich skokach. Jest w niej zaduma jaka towarzyszy tancerce, która każdego ranka wraca do drążka i rozgrzewając ciało powolnymi ruchami ma swoje małe pięć minut tylko dla siebie.

Zielone róże długo nie dają o sobie zapomnieć. Baśń jest napisana prosto acz pięknie, widać jak niewielu słów potrzeba, by zaistniała dobra literatura. Odnaleźć w niej można typowe elementy składające się na konstrukcję baśni – rzecz dzieje się w odległej krainie zwanej Patrycją, a główne bohaterki, mama Anna i córka Ewa, przechodzą pewną drogę, by doświadczyć pełnego rozwoju. Jest też zagadka, którą Anna musi rozwiązać, co przyczynia się do zmiany jej społecznej pozycji, a co wiąże się bezpośrednio z tytułem książki. Ilustracje to w rzeczywistości urokliwe obrazy, które z pewnością wielu łącznie ze mną chciałoby mieć zawieszone w ramce na ścianie, a choreografia jest gotowym materiałem dla niejednego nauczyciela tańca czy prowadzącego szkolny teatrzyk.

Żałuję tylko, że nie jest wydana w twardej oprawie, tak by okładka mogła przeżyć wielokrotne wertowanie oraz tego, że nie zdecydowano się na większy format lub całostronicowe ilustracje, by móc podziwiać je w większym zbliżeniu. Rozumiem, że chodziło o to, by koszt wydruku był jak najniższy, ale byłabym w stanie zapłacić więcej, by tylko mieć ją większą i mocniejszą 🙂  Jej niewielki format uznaję jednak za plus, gdy wyobrażam sobie małą dziewczynkę trzymającą książkę w rękach, zerkającą do niej co chwilę podczas odtwarzania kroków.

Na koniec jeszcze parę słów… Jakiś czas temu spełniło się moje małe marzenie. Pewnego dnia zamarzyłam sobie, by na własne oczy zobaczyć francuską wersję Zielonych róż wydaną równocześnie z polską. Mam kilka zagranicznych książek dla dzieci i pomyślałam, że cudnie byłoby powiększyć swoją małą kolekcję o Les roses vertes. 

Czasem tak mam, że gdy czegoś zapragnę, ale tak naprawdę mocno, to w niedługim czasie się to realizuje.

Gdy tworzyłam tę recenzję niespodziewanie napisała do mnie Ania Strutyńska z propozycją przesłania tej właśnie książki. Poza kilkoma drobnymi różnicami wydane są bardzo podobnie – niewielki format, kredowy papier, kolorowe ilustracje AneeDove, zadbano o niemal identyczną szatę graficzną.***** Dziękuję Aniu za tą miłą niespodziankę 🙂

Na zdjęciach jako element dekoracyjny posłużyły mi jedne z moich starych, mocno sfatygowanych point, czyli baletowego obuwia 🙂

———-

*Kusi mnie, żeby napisać, że wszystkie, ale na pewno jest coś czego jeszcze nie miałam w łapkach. Był taki czas, że czytałam wszystko, co dotyczyło baletu, a jeśli było to ubrane w literacką formę to tym lepiej. Nie ważne dla jakiego wieku.

**Moja siostra Basia również prowadzi bloga, na którym rozwija swoją pisarską pasję oraz dzieli się bardzo inspirującymi przemyśleniami. Wejdź na www.wedrowkazwiatrem.wordpress.com

*** Oto jak Basia opisała mi moje pierwsze spotkanie z Anią:

Zapytałaś mnie czy pamiętam, w jaki sposób poznałaś Anię. Oczywiście, ponieważ stało się to z mojej inicjatywy. Znałam wtedy Anię i jej męża Bartka rok a może dłużej, spotykaliśmy się na zajęciach z jogi i warsztatach wyjazdowych. Kiedy Bartek wrócił z Nepalu, dostałam od niego zaproszenie na pokaz zdjęć z jego wyjazdu. Zawsze jestem chętna na opowieści z podróży a przy okazji była to okazja do spotkania z przyjaciółmi. Umówiliśmy się na sobotę wieczór, po zajęciach na studiach podyplomowych z jogi, na które razem z Tobą wtedy chodziłam. Za zgodą Ani i Bartka zaproponowałam Ci dołączenie do nas, a to z kilku powodów – to, że były to zdjęcia z Nepalu, poza tym byłam pewna, że dobrze poczujesz się w naszym towarzystwie i również polubisz Anię i Bartka, a co najważniejsze, powiedziałam Ci, że Ania tak jak Ty zajmuje się sztuką i grafiką, rysuje i maluje, więc na pewno znajdziecie wspólny język. Przypuszczam, że nie pominęłam też faktu, że Ania i Bartek są właścicielami prześlicznych kotów.

**** Źródło: http://lubimyczytac.pl/autor/145717/katarzyna-ducros

*****Nasze polskie wydanie zdecydowanie wygrywa jednak sposobem łączenia trzonu książki z okładką, ponieważ jest szyte. Po wielu latach pracy w bibliotece mam awers do klejonych książek, które niestety lubią dość szybko się rozpadać podczas czytania.

Dodaj komentarz