Różnie o mnie mówią…
– że jestem delikatna, wręcz eteryczna i zjawiskowa
– że jestem tania, bo nie wiedzą, że czasem zawieram w sobie pył kamieni szlachetnych
– że jestem bardzo prosta, ale kto się ze mną zetknął twierdzi, że…
– jestem trudna, a nawet najtrudniejsza spośród wszystkich
– że trzeba się przy mnie spieszyć, więc…
– jestem idealna dla niecierpliwych, ale też…
– dla cierpliwych, bo ostateczny efekt zależy od wielu warstw
– że nie toleruję zmian, a przynajmniej nie za wiele
– że jestem konsekwentna, bo przy raz podjętej decyzji nie ma już odwrotu…
Kto jest autorem tego wyznania?
To akwarela. Technika niepozorna, ale równocześnie nieprzewidywalna i niezwykle urokliwa. Uwielbiam ją za wiele rzeczy. Podczas malowania mogę się zrelaksować, puścić kontrolę, popłynąć razem z kolorem i wodą. Po tylu latach akwarela wciąż mnie zaskakuje, bo nigdy tak do końca nie wiem jaki będzie efekt końcowy i niemal niemożliwością jest namalować coś drugi raz identycznie. Rozpoczynając pracę do mnie należy decyzja jakich kolorów użyję, w jakich proporcjach rozcieńczę je z wodą i gdzie położę poszczególne plamy barwne. Potem obserwuję spektakl, w którym główną rolę grają kolor i woda. Spoglądam jak rozpływają się po papierze i mieszają ze sobą swobodnie wędrując poza kontury wyrysowane ołówkiem. Czasem próbuję tę wędrówkę zatrzymać, ograniczyć, przyspieszyć wysychanie nadmiaru wody, ale ostatecznie to farba decyduje gdzie osiądzie najintensywniej, a ja otwieram się na ten teatr tańca wody i koloru i pozwalam się po raz kolejny się zadziwić.

Poniżej zdjęcie pierwszych warstw bajkowego portretu małej Zosi, który powędruje do niej na urodziny