Moje serce wyrywa się do przygód – rozmowa z Katarzyną Ducros, pisarką

Katarzyna Ducros  polska pisarka zamieszkała we Francji, pasjonatka tańca, autorka książki Zielone róże


Odkąd przeczytałam opowieść o Annie i Ewie zapragnęłam dowiedzieć się więcej również o samej autorce. Dzięki potędze Internetu żadna odległość nie jest nie do pokonania. Odnalazłam Katarzynę na portalu społecznościowym Facebook i poprosiłam o udzielenie krótkiego wywiadu. Katarzyna Ducros okazała się osobą o ogromnych pokładach energii. Bardzo dziękuję za tę rozmowę!


Jakie pierwsze doświadczenie z tańcem zapisało się w Twojej pamięci?

Dziękuję bardzo za zadanie tego pytania, bo pozwoliło mi to zrewidować moje wspomnienia artystyczne z dzieciństwa. Rzeczywiście taniec odegrał rolę zasadniczą w moim życiu, a moje pierwsze doświadczenia artystyczne realizowałam w przedszkolu. Oprócz wszelkiego rodzaju doznań plastycznych związanych z przetwarzaniem surowców wtórnych, darów natury (kasztany, liście…), kolorowanek, naklejek, sadzonek itp., pod okiem doświadczonych i zaangażowanych przedszkolanek, również odkrywaliśmy ruch i muzykę. To tam miał miejsce mój pierwszy pokaz taneczny, „pas de deux” z moim kolegą z klasy. Ja byłam Hanką, a on Rumcajsem. Nikt nigdy więcej nie pokazał takiej choreografii na żadnej innej scenie. Niezwykłe przeżycie. Miałam perukę, spódnicę zrobioną na szydełku, baletki uszyte na miarę przez mamę lub ciocię. On był elegancki, radosny i przystojny.  Publiczność długo biła nam brawo. Fajne wspomnienie.

Katarzyna Ducros / Fotografia pochodzi z archiwum pisarki

Jestem ciekawa jak wygląda Twój dzień.

Moje dni są bardzo zróżnicowane i obfitują w ciągłe nowości, a rutyna nie jest monotonna. Są dni, kiedy zajmuję się tylko odwożeniem i przywożeniem mojej najmłodszej córki do gimnazjum, lub szkoły baletowej. Wtedy staram się wygospodarować chwilę na lekturę, lub zwiedzenie jakiejś wystawy w Paryżu lub okolicach, tak „przy okazji”, albo siadam gdzieś i piszę.  W inne dni rezerwuję czas na spotkania ze znajomymi, lekcje jogi, tańca. Od kilku lat mieszkam z rodziną na przedmieściach Paryża i jest mi trudniej pokonywać długie dystanse pomiędzy centrum, a naszym miejscem zamieszkania. Zajmuje to wiele czasu i nie są to warunki sprzyjające lekturze lub skupieniu. Wtedy można posłuchać muzyki! Przeprowadzałam się już pięć razy od kiedy żyję we Francji i ciągłe zmiany pracy, szkoły, otoczenia, były niezwykle inspirujące i wpłynęły na moją codzienność dając jej posmak ciągłej podróży i pionierstwa. Teraz osiedliśmy na dłużej w jednym miejscu, ale serce wyrywa się jeszcze do przygód!

Opowiedz o procesie powstawania Zielonych róż. Jak poznałaś Anię Strutyńską oraz autorkę choreografii? Skąd wziął się pomysł włączenia do baśni choreografii?

Zielone Róże – baśń taneczna. Pomysł na tę opowieść zrodził się w mojej głowie już kilka lat temu. Odkrywałam wtedy taniec współczesny i prace w atelier choreograficznym skłaniały mnie do tworzenia krótkich etiud tanecznych. Pośród innych pomysłów, zaświtała w mojej głowie idea na układ klasyczny tańca. Odłożyłam pomysł na bok, ale powrócił po czasie i w formie literackiej. Gdy zapisałam czyste, białe, papierowe stronice „gęstym maczkiem”, całość objawiła mi się jako baśń z choreografią, nazwana później przez mojego francuskiego wydawcę, pana Deslandes, jako baśń taneczna. Z poparciem rodziny, znajomych postanowiłam zrealizować projekt udanego „mariażu” tańca z literaturą i zaprosić język gestu i ruchu do współgrania ze słowem, ale bez przesądów, różnic i odmienności. Długo szukałam wersji wizualnej moich postaci, aż wreszcie, na Instagramie, odkryłam przez przypadek Anię Strutyńską. Po zobaczeniu jej prac, powiedziałam sobie, że to ona, albo nikt, będzie twórcą ilustracji. Po długich pertraktacjach, ale związanych głównie ze stroną papierkową, umowami, itp., ja dostałam najpiękniejszy bukiet postaci bajkowych, jakie autor może sobie tylko wymarzyć. Ona stworzyła Annę, Ewę, Rufiusa, królową… To było to i na dodatek niepowtarzalne. Christèle spotkałam o wiele wcześniej, ponieważ jest od kilku lat profesorką tańca baletowego mojej córki. Jej kariera przebiegała we Francji i za granicą – w Anglii, USA. Pracowała też przez lata w Amerykańskiej Szkole Baletowej w Paryżu i jej mocną stroną jest połączenie tzw. „szkoły francuskiej” i tej nowocześniejszej, „amerykańskiej”. Zaproponowałm jej udział w projekcie, a ona odpowiedziała pozytywnie na mój pomysł. Baśń spodobała się jej i szybko ją zrozumiała, mówiąc od strony tanecznej oczywiście. W dwa tygodnie choreografia była gotowa, uczniowie szkoły baletowej posłużyli jako modele do zdjęć i cały materiał przesłaliśmy do Ani Strutyńskiej, która oryginalnie ubrała tancerzy i zaoferowała im piękną, bajkową scenografię. Całość „poszła” do wydawnictw i szybko otrzymaliśmy odpowiedź o możliwości wydania książeczki. Pani Renata Grześkowiak i jej ekipa oraz pan Bertrand Deslandes byli bardzo wyrozumiali, jeżeli chodzi o drobne problemy techniczne powstałe w związku z dwujęzycznymi kontaktami i podwójną korektą, dostosowaniem się do wymogów rynku książkowego w Polsce i we Francji, a także z naszym artystycznym bałaganem i dopracowaniami „ostatnich minut”. Ostatecznie nasz projekt zakwitł w pełni i uszczęśliwia dzisiaj młodych czytelników i amatorów tańca.

Czy planujesz napisanie kolejnej książki?

Mówiąc szczerze, mam już „prawie” gotowych kilka propozycji literackich, w tym nowe baśnie taneczne z innymi gatunkami tanecznymi i o innych bohaterach. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Tymczasem, chcę zapowiedzieć przedpremierowo moją nową powieść dla troszeczkę starszych czytelników, która nie jest baśnią, ale historia ma związek z tańcem, bo dzieje się ona w szkole baletowej. Tajemniczy tytuł „Renée” (Renata),  tym razem, otworzy nam bramy historii, wspólnych europejskich dziejów. Premiera jest przewidziana na 25 stycznia. Będzie też niespodzianka, ale tym razem w postaci związanej z muzyką. Miałam okazję współpracować przy tym projekcie z pianistką i kompozytorką Sandrine Cancellieri Naslin, a jej praca, to kolejne cudeńko artystyczne.

Opowiedz o roli tańca w Twoim życiu.

Taniec był obecny w moim życiu od najmłodszych lat. W różnych formach i z różną częstotliwością i intensywnością. Ta forma ekspresji, którą człowiek praktykuje od początków swej egzystencji daje możliwość do samorealizacji, do kreatywności, pogłębiania i ulepszania rozwoju psychofizycznego własnego i innych. To forma kontaktu z innymi, gdzie codzienne wartości przybierają inny wymiar i tak jak w literaturze nie można oszukiwać. Dyscyplina, zaufanie i samopoznanie, które charakteryzują tę domenę artystyczną są najlepszą formą psychoanalizy i pracy w grupie. Nie zawsze jest łatwo, ale zawsze warto.

Dlaczego zamieszkałaś we Francji?

To los i miłość zawiodły mnie do krainy Franków. Polska pozostaje jednak w mym sercu jako najpiękniejsze miejsce na ziemi, zwłaszcza Kraków, a z tą opinią zgadzają się cakowicie moje dzieci i mój mąż (autentyczny Francuz na 100%).

Dlaczego zdecydowałaś się pisać dla dzieci? I co ciekawego jest w tworzeniu dla małego odbiorcy?

Jestem matką trójki dzieci, którzy są już dorośli (prawie wszyscy) i jestem Polką, więc przywiązuję dużą wagę do tradycji, historii, emocji i poznania świata i innych. Te czynniki wpłynęły na moje życie i pokierowały moimi losami. Od dawna już angażowałam się w pracę z najmłodszymi, albo w szkolnych stowarzyszeniach, albo w sferze prywatnej, proponując, lub odpowiadając na zainteresowanie tańcem lub historią, a w szczególności dziejami i tradycjami z Polski. Tłumaczyłam więc różne teksty, opowiadania, legendy. Uczyłam kroków naszych polskich tańców lub innych form, organizowałam urodziny, bale… Uff! Mnóstwo różnych okazji dało mi możliwość przekazania własnej wiedzy lub doświadczeń i tworzenie literatury dla dzieci jest pewną logiczną kontynuacją tej aktywności. Porozumienie się z młodą generacją jest bardzo ważne i obojętnie w jakim kraju to się odbywa. Potrzeby pozostają te same, nawet jeśli sprawiają odwrotne wrażenie. Dzieci są ciekawe i bardzo konsekwentne w swych poczynaniach, ale nasza dzisiejsza rzeczywistość, zabieganie, wymagania natychmiastowych efektów i czasem sprzeczność z logiką, powodują załamania, depresje i problemy. Dajmy naszym dzieciakom możliwość poznania siebie samych przez poznanie nas i innych. Wtedy będzie łatwiej spoglądać w przyszłość i budować wspólne realia. Mam nadzieję że Zielone Róże przyczynią się choć trochę do tego odkrycia i przekaz o zielonym pąku nadziei i cząsteczce dobra, które kwitną w każdym z nas, głęboko, da świadectwo lepszego porozumienia i wspólnoty.

Co lubisz czytać?

Na pytanie – Co lubię czytać ?- muszę szczerze odpowiedzieć: Wszystko! Pewne książki wymagają jednak ode mnie przygotowania lub odpowiedniego momentu dnia lub w życiu. Są opowieści, które jeszcze czekają na takie chwile.

Co motywuje Cię do pracy?

Nie mam problemów z motywacją, moim problemem jest zbyt mało czasu wolnego, w ciągu dnia i w ziemskiej egzystencji. Mam jeszcze tyle projektów do zrealizowania!

Czy masz jakąś radę dla osoby, która chce swoje życie związać z tańcem, z pisaniem lub inną formą twórczości?

Myślę, że najważniejsze jest w życiu aby mieć marzenia i dążyć do ich realizacji. Natomiast konfrontacja tych pragnień, tak od czasu do czasu, z innymi jest najepszą miarą hierarchii wartości i priorytetów. Sam Leonardo da Vinci miał swojego przeciwnika-filozofa, z którym ciągle toczył debaty o swych odkryciach.

Podzielisz się swoim jednym marzeniem?

Jednym z moich marzeń miałam przyjemność już się podzielić i jestem niezmiernie wdzięczna za ten przywilej – to Zielone Róże 🙂

Oprócz tego, to chciałabym zwiedzić Mongolię i odnaleźć kraniec wszechświata. Mam jeszcze inne marzenia, ale tym razem już wystarczy.

Dokończ zdanie: „Jestem…”

Jestem ogromnie wdzięczna moim współautorkom baśni tanecznej, Ani i Christèle, za i ich kreatywność, cierpliwość i udział w projekcie Zielone Róże. Dziewczyny, jesteście super !

 

 

 

Dodaj komentarz