Oto Jordan. Kot, który patrzył w oczy, towarzyszył mi przy każdej czynności, przyglądał mi się jak pracuję, siedział na kolanach, gdy malowałam. Wiem, że koty tak mają i wiele tak robi, ale w Jordulku było “coś” innego, coś z człowieka. Nie ma go już niestety między nami. Na wspomnienie o nim robi mi się smutno i bardzo za nim tęsknię, ale myślę, że było mu z nami dobrze, a pod koniec życia skosztował trochę wolności w dużym domu z ogrodem.

Na zdjęciu uchwyciłam moment, gdy obserwował jak milimetr po milimetrze wycinam matrycę do linorytu. Swoją drogą mam zakupione spore ilości linoleum i przymierzam się do wycięcia czegoś nowego, ale ciągle szukam tematu 
—-
Imię Jordan nadał mu mój mąż, który jest koszykarzem hihi