Kocur mruży ślepia złote – recenzja cz. 2

Poprzednią część recenzji skończyłam na tym, że w końcu zdecydowałam się tę książkę nabyć. Kupiłam i… trochę moje emocje opadły. Był to czas, gdy jako nowość dotarła ona również do biblioteki i tam niestety musiała zmierzyć się z opinią dorosłych. Jako książka dość poetycka i metaforyczna nie za bardzo znalazła uznanie w oczach pracowników. Krytykowana była za różne rzeczy – za to, że tyle w niej czerni i jak to można dzieci tak straszyć*; format jakiś nie taki, trudno ją oprawić i na półce się nie mieści, bo wystaje; za to, że taka w sumie o niczym; no i na końcu za to, że jest po prostu brzydka. Nie miałam w sobie tyle siły, żeby się spierać i tłumaczyć na czym jej wyjątkowość polega, jako nieśmiała początkująca nie chciałam narobić sobie wrogów ani stworzyć wokół siebie otoczki „tej, co się zna”, bo coś tam sobie maluje, pisze o książkach i do tego jeszcze robi doktorat. Nie odzywałam się więc, a książka i u mnie w domu wylądowała na półce i niemal zapomniana miała tak czekać na lepsze czasy.

O książce skutecznie przypomniałam sobie jak udało mi się objąć panowanie nad pewnym niewielkim acz dość samodzielnym działem dziecięcym. Od pierwszych chwil moja skumulowana do tej pory energia kazała mi zabrać się za porządki. W obrębie ogólnie przyjętego układu zaczęłam sobie powoli segregować, przesuwać, dzielić, łączyć, by mi i czytelnikowi było się jak najłatwiej odnaleźć, szczególnie wśród tzw. „enek”, czyli książek dla najmłodszych. Każdy kto pracował z mniej lub bardziej wymagającymi czytelnikami napotkał w swojej karierze na konsternujące pytanie:

Czy może mi Pani coś polecić?

Wprawiające w zakłopotanie, gdy ma się przed sobą kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset półek i nagłą pustkę w głowie 🙂 W dziale dla dzieci tzw. „enki”, z których korzystano najczęściej zbite były w kilka właśnie półek wielokolorowej masy. I jak tu coś polecić? A nawet jeśli wiem co, to jak to znaleźć? Na podstawie skrzętnych obserwacji, o co czytelnicy proszą wydzieliłam różne kategorie książek, m.in. książki biblioterapeutyczne. Siłą rzeczy Kocur… znalazł się właśnie na tej półeczce, bo skoro taki on straszny to może mógłby pomagać ten strach oswajać? I nie przeszkadzało mi wcale, że „(..) format jakiś nie taki, trudno ją oprawić i na półce się nie mieści, bo wystaje (…)”. Właśnie z tego powodu po nią sięgano, bo dzieci przyciąga to, co inne. Ileż miałam pola do obserwacji, gdy dziecko zaciekawione wyciągnęło tę książkę lub inną z kategorii „dziwnych i co ja biedny bibliotekarz mam z nią zrobić” wkraczał rodzic lub opiekun z komentarzem w stylu:

A co to za książkę znalazłaś? Weź coś, gdzie jest więcej tekstu.

No, ale o czym jest ta książka? Tu jest mało do czytania…

Gdy widziałam, że dziecko żadną siłą nie przeciągnie rodzica na swoją stronę, czasem włączałam się do dyskusji i wyjaśniałam, co to za książka i o czym i jak ją można czytać i co potem jak się ją przeczyta można z dzieckiem zrobić. Nie zawsze skutkowało niestety…. ja i dzieci często przegrywaliśmy.

I tak się zastanawiam czy ze mną jest coś nie tak, że lubię książki artystyczne, wielowarstwowe, o których można porozmawiać więcej poza podstawowym:

Co widzisz na obrazku?

Może chodzi o to, że jako opowieść dość nieoczywista zmusza do poszukania odpowiedzi na kilka pytań? Wydawać by się też mogło, że to, co jest nagradzane oraz doceniane w środowisku teoretyków i twórców rzadko znajduje uznanie w oczach docelowych odbiorców. Poznałam jednak wielu rodziców, którzy chętnie spędzają z dzieckiem czas „rozkminiając” książkę. Na podstawie moich doświadczeń w pracy z rodzicami i dziećmi mogę powiedzieć, że książki z wyższej półki czy bardziej artystyczne są lubiane i poszukiwane przez tych właśnie dorosłych. Całe szczęście są i tacy, którzy lubią sobie podumać, poprzyglądać się i pobawić przy czytaniu 🙂 Bo jak się przyjrzeć bliżej diabełkowi na okładce Kocura… to ma on skądinąd sympatyczny wyraz twarzy, a w oczach tańczy figielek. Rodzice sięgający po dobrą literaturę często odwiedzają ze swoimi dziećmi różne imprezy związane z książką – targi, spotkania autorskie itp. więc doskonale odnajdują się wśród mnogości osób piszących dla dzieci, nierzadko też znają nazwiska ilustratorów. Mając więc do czynienia z Kocurem… spojrzą być może z uśmiechem, rozpoznają charakterystyczny styl, kreskę autorki i pomyślą, a może nawet głośno powiedzą:

O, kolejny diabełek 🙂

A jeśli powiedzą to zaciekawionym tonem to może i dziecko się zaciekawi oraz dobrze nastawi? Tu właśnie potrzebny jest ktoś dorosły, kto będzie pośrednikiem między książką a dzieckiem. Mądry dorosły, który będzie w stanie pokazać całe jej piękno i wyjątkowość, zainicjuje rozmowę o kolorach, zabawy w mieszanie farb. Książka ta jest idealnym narzędziem wychowania estetycznego, pomaga się przekonać, że nie taki diabeł straszny, że czasem warto przebić się przez pierwsze wrażenie, nie oceniać książki po okładce, ale umieć spojrzeć szerzej, pełniej. Jest na dodatek tak prosta i minimalistyczna, że ja zaczynam przy niej głębiej oddychać, tyle daje przestrzeni na własny odbiór i przeżycie. To, co jednak proste zazwyczaj wymaga dużo pracy, bo przedobrzyć bardzo łatwo.

Sama autorka, Pierwsza dama polskiej grafiki książkowej czy też Anielica diabłem podszyta** zdaje się być równie intrygująca jak jej twórczość. Według relacji Marty Lipczyńskiej-Gil z wydawnictwa Hokus-Pokus, która zresztą przyczyniła się do powstania tej pierwszej w dorobku Marii Ekier książki autorskiej, jest to „(…) delikatna kobieta o ujmującym uśmiechu. Uwielbia malować diabły, co jeden to lepszy – łypie okiem, patrzy zadziornie, wydyma usta, wabi, prowokuje, zachwyca.”***

Mnie natomiast zaintrygowało to, co ilustratorka sama o sobie pisze na ostatniej stronie: „Urodziłam się prawdopodobnie po to, żeby ilustrować książki. I to właśnie robię. Dostałam za to kilka nagród i wyróżnień (plakieta BIB w 1999 i 2007 roku, wpis na Listę Honorową IBBY). Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze coś zrobić.”**** Czy ktoś piszący tak prosto, tak skromnie mógłby chcieć świadomie straszyć dzieci? Wątpię 🙂

—–

*Diabełek na okładce w pierwszym kontakcie faktycznie może przestraszyć. Wiem, co mówię, bo być może dlatego krążyłam wokół tej książki przez dłuższy czas zanim ją kupiłam. Z jednej strony czułam strach, a z drugiej byłam nią tak zaintrygowana, że nie umiałam się powstrzymać, by nie zajrzeć do środka. Sądzę, że dzieci mają podobnie.

**Pierwsze określenie jest autorstwa Grzegorza Leszczyńskiego i na trwale przylgnęło do ilustratorki, a drugie to tytuł jednej z recenzji Kocura…, która ukazała się w Rymsie.

***Marta Lipczyńska-Gil: Anielica diabłem podszyta. W: „Ryms. Kwartalnik o książkach dla dzieci i młodzieży”, 2008 nr 03, s.12.

****Maria Ekier: Kocur mruży ślepia złote. Wyd. Hokus-Pokus, Warszawa 2008, s.23.

 

Dodaj komentarz