Kocur mruży ślepia złote – recenzja cz. 1

Kupiłam ją dość dawno, zapewne na targach, ponieważ mam autograf Marii Ekier. Piszę „zapewne”, ponieważ zupełnie tego faktu nie pamiętam… Doskonale natomiast zapisały się w mojej głowie okoliczności, w jakich spotkałam się z nią po raz pierwszy oraz niektóre inne spotkania.

Po raz pierwszy nie zetknęłam się z nią, jakby to powiedzieć, osobiście. Jej recenzję zobaczyłam w Rymsie* i od tego momentu trudno mi było o niej zapomnieć i myślałam sobie jak to zwykle bywa, gdy się jest od czegoś uzależnionym, że:

Muszę ją mieć.

A musiałam z kilku powodów. Bo to książka obrazkowa, a intensywnie zajmowałam się w tym czasie tzw. picture book. Bo na okładce jest kot, namalowany na dodatek akwarelą, a technika ta czaruje mnie odkąd pamiętam. Bo jest to książka autorska i to nie byle kogo, a Marii Ekier właśnie. A wreszcie, bo to coś nowoczesnego i świeżego.

To tyle jeśli chodzi o ocenę książki po okładce, ileż jednak odsłania ona poezji i czaru jak się zajrzy do środka. Gdybym po latach miała zdecydować, która strona najbardziej mi się podoba, to doprawdy nie wiem. Raz myślę, że ta z liskiem, bo jest on namalowany w iście grabiańskim stylu**, taki cudny i słodki, a przy tym pełny ruchu i żywy jakby miał za chwilę wyskoczyć z książki i znaleźć się obok mnie. Jak wdzięczne to zwierzę, ale przy tym trudne do malowania miałam się ostatnio okazję przekonać. Więcej na ten temat przeczytaj tutaj i tutaj.

Innym razem znów widzę tą soczystą zieleń groszku, nie mogę się napatrzeć i nadziwić jak niewielką pracą*** można osiągnąć wielki efekt.

Już mam zdecydować, aż tu moim oczom ukazują się dwa różowo-fioletowe motyle grające na flecie, a kompozycja ich postaci tak wspaniale współgra z tekstem, że to już nie tylko poezja, ale i muzyka.

O samych ilustracjach pisać mogłabym długo i dużo, ale chcę spojrzeć na Kocura… szerzej, bo jest to w końcu nie taka zwykła książka. Z definicji wynika, że w książce obrazkowej, na świecie znanej jako picture book, zespolenie grafiki i tekstu jest tak silne, że nie sposób ich rozdzielić. I w Kocurze… jest tak w istocie, a są one ze sobą połączone na różnych płaszczyznach.

Na płaszczyźnie, dajmy na to, znaczeniowej, dzieje się bardzo dużo, bo w grę wchodzi cała gama zależności między obrazem a słowem, widzianym a czytanym, przez co również wyobrażanym. No więc diabełek wędruje sobie po świecie i przygląda różnym cudom natury. Znudzony wszechobecną czernią, która według teorii koloru jest brakiem koloru, niczym malarz nabiera na swoją paletę różne barwy i tak czerpie czerwień od biedronki, plamkę pomarańczy od liska, zieleni kapkę od groszku, żółty wprost z kocurzych oczu, niebieskiego troszeczkę od rzeczki i fiolet od motyli. Każde dziecko, które zna kolory tęczy, wie jakiej barwy może się spodziewać jako następnej. I tak sobie ten niby straszny diabełek miesza i dodaje kolorków, że wraz z końcem książki przemienia się w aniołka. Nie jest to jednak powiedziane wprost, części rzeczy trzeba się domyśleć albo nie trzeba, bo tu właśnie wkracza ilustracja i dopowiada to, co nie jest dokładnie opisane.

O warstwie kompozycyjnej wiele pisać nie muszę. Ilustracje namalowane są akwarelą, na fragmentach pokrytych kolorem wyraźnie widać fakturę papieru akwarelowego. Jako, że autorką ich jest Maria Ekier to nie mogło tu zabraknąć, choć odrobiny pasteli i złota. Mimo, że niewiele jest zamalowanej powierzchni w stosunku do białego tła, nie ma wątpliwości, że są to ilustracje całostronicowe, a każda zajmuje jedną pełną rozkładówkę. Patrząc na nie ma się wręcz poczucie, że ilustracje te są dużo większe niż to wyznaczone przez krawędzie stron, że ich zakres sięga dużo dalej. To jakby oglądać całą scenę przez dziurkę od klucza. Czy tylko w mojej głowie kłębią się pytania – czy tak to autorka zaplanowała od początku czy może koncept pojawił się w trakcie składu? Oj, dużo bym dała, żeby zobaczyć ilustracje w oryginale… te wszystkie szkice i próby udane czy nieudane. Ale o zajrzeniu do autentycznej pracowni wielkiego artysty można tylko pomarzyć.**** Trochę szkoda, że Maria Ekier nie jest prawdopodobnie autorką całej szaty graficznej, choć takie można odnieść wrażenie, bo rozsypane wyrazy tekstu złożone prostym nowoczesnym fontem doskonale komponują się z ilustracją. Co tu dużo mówić – typografia na sześć z plusem 🙂

Tak nią byłam zachwycona, marzyłam sobie o niej, wreszcie kupiłam… i… cd. nastąpi ze względu na to, że bardzo się rozpisałam i chyba nikt takiego długiego tekstu na raz nie przeczyta 🙂 Część 2 przeczytaj tutaj.

—–

*Absolutnie genialny kwartalnik o książkach dla dzieci i młodzieży wydawany przez Hokus-Pokus z Warszawy. Genialny z uwagi na merytoryczną i ciekawą zawartość oraz nowatorską szatę graficzną. Zadowoli naukowca, pasjonatę, twórcę i rodzica 🙂 Ryms to nie tylko zresztą czasopismo, ale też portal będący niewyczerpanym źródłem wiedzy o nowinkach w świecie dobrej literatury dla najmłodszych. Zajrzyj na www.ryms.pl

**Janusz Grabiański to znany ilustrator, którego zapewne wielu kojarzy choćby z Elementarza. Jego styl charakteryzuje akwarelowa plama, która rzucona na papier szybkim ruchem doskonale opisuje kształt postaci, które mają w sobie mnóstwo życia.

***Spokojnie, o tej „niewielkiej pracy” to ja jeszcze napiszę 🙂

****Jedno takie moje marzenie się spełniło, kiedy mogłam zajrzeć nie tylko do pracowni, ale i domu Józefa Wilkonia, ale o tym kiedy indziej 😉

 

Dodaj komentarz