A kiedy czas płynie nieco wolniej

Ostatni rok, według numerologii to mój pierwszy rok osobisty. Wszystko się zgadza, bo rozpoczęłam wiele nowych rzeczy, których tak bardzo pragnęłam. Nowy dom, miejsce, praca. Moje życie nabrało nieprawdopodobnego rozpędu. Z rozrzewnieniem wspominam mój post o tym jak w maleńkim mieszkanku z rozkoszą zawijam się w kokon i czekam na czas, by na dobre wyfrunąć jako piękny motyl. Motylem jeszcze się nie czuję, ale czas mija mi bardzo szybko i zdarza mi się zagubić w plątaninie wydarzeń, choć to tempo i tą plątaninę bardzo kocham. Mogę śmiało powiedzieć, że czuję się jak ryba w wodzie wśród tylu wyzwań, które podejmuję!

W całym tym pędzie ku wykonaniu zadania w krótkim czasie, wracam chętnie do dawno rozpoczętych prac. Zaszywam się w ciszy mojego atelier, wyciągam rysunek czy haft, które cierpliwie czekają na mój powrót. I wtedy znikam, wyraźnie czuję jak mój umysł się oczyszcza, jak powoli powoli mam w sobie coraz więcej miejsca. Nie wiem kiedy dane prace ukończę, chyba nawet nie zakładam żadnej daty z chwilą ich rozpoczęcia. Rozkoszuję się natomiast każdą maleńką czynnością, każdą kreską. Wsłuchuję się w dźwięk wbijanej igły, szept nitki przesuwającej się między splotami kanwy. Wszystko dookoła zamiera, a ja cieszę się tym jedynym momentem, kiedy nie muszę się jeszcze spieszyć.

Może tak właśnie ma być – jak kiedyś, gdy jedno dzieło było tworzone z pieczołowitością i drobiazgowością, czas nie miał znaczenia. Najważniejsze było, to, żeby osiągnąć swój cel – stworzyć dzieło sztuki, które przetrwa wieki.

 

 

Dodaj komentarz