Dla uszka maluszka – ilustracja

Przyznaję, musiałam wziąć „tydzień urlopu od wszystkiego”*. Mój synek bardzo mnie potrzebował. Mam wrażenie, że karmiliśmy się, tuliliśmy i nosiliśmy się dużo więcej niż w pierwszym miesiącu jego życia. Ale może zacznę od początku…

Z początkiem sierpnia otuliłam synka w lekki kocyk i stwierdziłam, że metoda, która przestała działać w piątym tygodniu, znów zaczęła się sprawdzać. I to jak! Niemal bezproblemowo po karmieniu odkładałam synusia do łóżeczka nawet na 2-3 godzinne drzemki w ciągu dnia, a i w nocy chętnie tam sypiał. Do momentu aż ząbkowanie przybrało na sile w momencie, gdy dał o sobie znać również kolejny skok rozwojowy. No i nastąpił definitywny koniec mamusiowej sielanki. Nakarmienie do syta nie wystarczyło, by misiu choć zmrużył oczka, skutecznie pomagało za to śpiewanie**, szeptanie i szumienie, a nade wszystko kołysanie w moich ramionach, w których słodko zasypiał. Odłożenie go do łóżka bez przebudzenia stanowiło nie lada wyzwanie, zdecydowałam się więc na odbywanie z nim każdej drzemki w ciągu dnia, co uzupełniło moje niedobory snu, bo w nocy przebudzał się nawet 7 razy. Ale powiedziałam sobie to, co w przypadku chusty:

Jak to działa, a nie działa nic innego, to trzeba tak robić.

Przypomniałam sobie w praktyce założenia Rodzicielstwa Bliskości i oto mały zaczyna sypiać lepiej. Generalnie nastawiam się na ciągłe zmiany. Nie wierzę w cudowne metody tracyhoggopodobne***, które wkładają wszystkie dzieci i dni do tego samego worka. Czy jestem jedyną mamą, która ma takie odczucia? Jeśli jest nas więcej, a Ty jesteś jedną z mam tulących, podziel się swoją historią 🙂

Mały jest akurat w trakcie drzemki, więc mogę sklecić ten post, który już swoje odczekał 🙂 Przejdę więc od razu do sedna po tym przydługim wstępie. Jakiś czas temu powstał wierszyk. Jak to zwykle u mnie bywa, natchnienie dopada mnie nagle i wtedy mogę niemal bez poprawek stworzyć nawet kilka wierszy w jeden dzień, po to by przez kilka kolejnych dni, tygodni czy nawet miesięcy nie napisać nic zupełnie. Owa wena dopadła mnie w nocy, podczas usypiania dziecka. Ot, powstał wiersz, który zapragnęłam namalować. Długo nosiłam w sobie wizję obrazu zanim poczułam się gotowa, by przelać ją na papier. Ale udało się. Podczas gdy mój synuś spał snem sprawiedliwego w łóżeczku obok, ja malowałam listek po listku, nie spiesząc się wcale. Zmierzyłam się tu z wyzwaniem namalowania postaci kryjącymi farbami, czego nie robiłam już wiele lat. Oto, jak powstała ilustracja do mini wierszyka „Dla uszka maluszka”.

* Albo więcej, tracę poczucie czasu 🙂

**Nie, nie umiem śpiewać, ale małemu to nie przeszkadza. Za to się słodko do mnie uśmiecha wybaczając wszystkie fałsze 😛

***Nie żebyśmy nie próbowali. Nasz rekord to 42 próby odłożenia do łóżeczka, po czym stwierdziłam, że ta metoda niczym nie różni się od „cry it out”. Nie wątpię, że mały w końcu by zasnął, ale raczej z wypłakania, a nie dlatego, że się nauczył. Wróciliśmy więc z ulgą do intuicyjnych metod Rodzicielstwa Bliskości, czyli tulenie, kołysanie, usypianie w ramionach oraz współspanie 🙂 Jeśli też tak masz, zostaw komentarz na dole 🙂

Dodaj komentarz